Dwa przykazania miłości, czyli jak kochać siebie naprawdę?

„Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?” On mu odpowiedział: „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy” (Mt 22, 36-40).

Mamy kochać bliźniego swego jak siebie samego.

Miłość bliźniego jest możliwa, pod warunkiem, że umiemy kochać siebie. Jedno zależy od drugiego. Taka jest konstrukcja tego zdania. Kochaj innych JAK siebie.

Kochamy siebie w rozmaitym stopniu. Jedni bardziej, inni mniej, jeszcze inni wcale, a są i tacy, którzy siebie wręcz nienawidzą.

Tymczasem Bóg oczekuje od nas miłości do siebie samych. Pragnie, abyśmy siebie kochali tak, jak On nas kocha. „Bo góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość Moja nie odstąpi od Ciebie” (Iz 54, 10). Miłość do siebie powinna być stała.

Samokrytyka, dewaluowanie, umniejszanie siebie, często w naszym społeczeństwie uważane za przejaw skromności czy pokory, jest jednak niczym innym, jak brakiem miłości do siebie.

Z praktyki psychoterapeutycznej wynika, że problem braku miłości do siebie, akceptacji siebie leży u podstaw wielu trudności życiowych, zaburzeń psychicznych, przeszkadza w rozwoju i blokuje możliwość zmiany.

Pewien mężczyzna, który korzystał z terapii przez kilka lat, nieustannie upierał się przy twierdzeniu: „nic nie potrafię”, „nic mi się w życiu nie udało ”. Fakty jednak temu przeczyły. Był dobrym mężem, wspaniałym ojcem swoich dzieci, pracował i wiódł dostatnie życie. Tymczasem utrwalone przekonanie o tym, że jest beznadziejną osobą, nie tylko zamykało go na prawdę o sobie samym, ale sprawiało również, iż nie mogła w nim zajść żadna konstruktywna zmiana. Utknął w błędnym kole: nie chciał zrezygnować ze złego myślenia o sobie, odrzucał pomoc terapeuty i zamykał się na pozytywne uczucia, które mógłby przeżywać względem siebie. Pozostało mu zatem tylko narzekanie i obwinianie siebie oraz innych.

Miłość do siebie oznacza dawanie sobie prawa do przeżywania różnych uczuć, także tych trudniejszych, jak smutek i złość. Ponieważ uczucia i emocje – z punktu widzenia moralności chrześcijańskiej – same w sobie nie są ani dobre, ani złe, należy je przyjmować z uwagą – jako źródło informacji o naszym stanie wewnętrznym. Uczucia i emocje są zawsze cennym źródłem informacji o tym, co się z nami dzieje: jak postrzegamy siebie w relacji z konkretnym człowiekiem, jak chcielibyśmy być traktowani, co się dzieje w świecie naszych pragnień i potrzeb.

Pewna dorosła kobieta opowiadała o matce, która nieustannie przeszukiwała jej rzeczy osobiste i nadmiernie ingerowała w jej prywatne życie, co z kolei prowadziło do częstych kłótni. Za każdym razem, gdy poczuła złość do swojej matki musiała siebie za to ukarać. Patologiczne poczucie winy kazało jej oskarżać samą siebie i brać całą odpowiedzialność za ciągłe nieporozumienia z matką. Taka postawa sprawiała, że nie akceptując swojej złości, żyła w ciągłym napięciu i była przygnębiona. W tej sytuacji miłość do siebie, która dopuszcza do głosu wszystkie uczucia i emocje, kazałaby najpierw przyjrzeć się trudnościom w oddzielaniu się matki od córki, umiejętności stawiania granic, potrzebami związanymi z autonomią i niezależnością. W tym przypadku złość może być ważnym przewodnikiem w dotarciu do tych problemów.

Miłość do siebie trudno zmierzyć. Pomocne może być pytanie: Czy ja siebie kocham? Czy ja siebie przynajmniej lubię?

Gdy przyjrzymy się swojemu życiu, swoim postawom, wyborom, często okazuje się, że nie kochamy siebie wcale, albo kochamy za mało. Dzieje się tak dlatego, że zbyt wiele warunków dotyczących miłości pojawiało się w naszym życiu. W efekcie lubimy siebie wyłącznie wtedy, gdy osiągamy wysoko postawioną przez nas poprzeczkę lub spełniamy nieustannie oczekiwania innych. A gdy coś idzie nie tak, a prędzej czy później tak się zdarzy, natychmiast pojawiają się krytyczne myśli, a za nimi poczucie winy i wstyd: „jesteś złą matką”, „jesteś beznadziejnym mężem”, „jesteś słabym księdzem”, „jesteś złą siostrą zakonną”, „nic ci nie uda”, itp.

Czyje są te myśli w naszej głowie? Czy na pewno nasze? Od kogo nauczyliśmy się tak o sobie myśleć? Rodzimy się przecież jako osoby zdolne naprawdę siebie kochać i zdolne bezwarunkowo kochać innych. Na drodze naszego rozwoju napotykamy jednak rozmaite przeszkody. W oczach naszych rodziców, opiekunów przeglądamy się jak w lustrze. Od nich dowiadujemy się jaki jest świat i jacy my jesteśmy. Jeśli w ich oczach widzimy miłość, czułość, bezwarunkową akceptację, będziemy o sobie myśleć: „jak dobrze, że jestem sobą”, „lubię siebie”. Miłość naszych rodziców jest często obwarowana licznymi warunkami, które mają sprowokować pożądane zachowanie, np.: „jeśli będziesz grzeczny, pójdziemy na lody”, „tylko brzydkie dziewczynki się złoszczą”, „jak będziesz się do mnie tak odzywał, nie będę cię kochać”. W takich sytuacjach uczymy się, że na miłość musimy zasłużyć, zapracować, dostosować do oczekiwań innych, a czasami wręcz wyrzec się siebie. Dla wielu z nas takie komunikaty na trwałe wpiszą się w negatywny sposób myślenia o sobie i przeżywania bolesnych uczuć.

Relacja dziecka z jego rodzicami, z całym światem ich wzajemnych odniesień i uczuć, staje się fundamentem do uczuć przeżywanych względem Boga. Jeśli nasi rodzice odrzucali nas, gdy nie spełnialiśmy ich oczekiwań, najprawdopodobniej nauczymy się myśleć, że Bóg także nas odrzuci, gdy zdarzy się nam Go zawieść. Nieświadomie nakładamy obraz naszych opiekunów na Boga i ten obraz zniekształcamy. Tymczasem Bóg mówi, że Jego miłość nie musi być odwzorowaniem postawy naszych opiekunów: „Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona. A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie” (Iz 49,15). Bóg nigdy nie wycofuje swojej miłości, Bóg nas nie ocenia, nigdy źle się o nas nie wyraża, nie przestaje nam ufać i wcale nas nie opuszcza.

W powiedzeniu, że „z próżnego i Salomon nie naleje” jest dużo prawdy. Czy możemy coś dać innym z siebie, gdy samych siebie nie posiadamy? Czy możemy dać radość, gdy sami jesteśmy smutni? Czy możemy prawdziwie usłyszeć potrzeby innych, gdy własnych nie słyszymy? W końcu, czy możemy kochać innych, samych siebie nie kochając?

W źle rozumianej i fałszywie przedstawianej duchowości chrześcijańskiej temat miłości do siebie jest często bojkotowany przez takie hasła, jak: „zapieranie się samego siebie”, „poświęcenie”, „wyrzekanie się siebie”, „zapominanie o sobie”, „walka z egoizmem”. Ktoś, kto nie posiada zdolności do kochania siebie, a z „poświęcenia” uczynił główny cel swojego życia niebezpiecznie zbliża się w stronę masochizmu. Masochizm jest wypaczeniem miłości bliźniego.

Jak zatem zrozumieć ewangeliczne wskazówki dotyczące „wyrzekania się samego siebie”?

Jest w teologii znane powiedzenie, że „łaska bazuje na naturze”. W naturę ludzką wpisana jest zdolność do kochania siebie, szacunku do siebie, przeżywania pozytywnych uczuć względem własnej osoby. W psychologii mówi się, że taka umiejętność jest oznaką dojrzałości osobowej. Dojrzała osobowość jest również posiadaniem pozytywnego obrazu siebie, zdolnością rozumienia siebie, umiejętnością zaspokajania swoich podstawowych potrzeb, wolnością od nadmiernego niepokoju, posiadaniem optymizmu i naturalnego entuzjazmu.

Bazując na takim fundamencie jesteśmy w stanie kochać dojrzale innych ludzi. Trzeba najpierw „posiadać siebie”, aby poświęcać się dla innych. Osoba nadmiernie zależna od innych, zgodzi się oddać swoją ostatnią koszulę, nie dlatego, że praktykuje duchowe wyrzeczenie, ale z powodu panicznego lęku przed utratą miłości bliskiej osoby. Żona alkoholika może przez całe życie tolerować przemoc fizyczną i psychiczną swojego męża, nie dlatego, że praktykuje ewangeliczne poświęcenie, ale z braku zdolności do stawiania innym granic, albo z powodu braku wiary we własną sprawczość.

Nasuwa się prosty wniosek. Jeśli nie kochamy siebie, nie będziemy dojrzale kochać innych. Jeśli matka nie dba o swoje zdrowie, zaniedbuje swój odpoczynek, sen, nie odżywia się prawidłowo, nie będzie miała siły, żeby dobrze zajmować się swoim dzieckiem. Najprawdopodobniej będzie czuła się rozdrażniona, zniecierpliwiona, przygnębiona, płaczliwa, bez energii i bez radości. Matki, które nie odpoczywają, gdy są zmęczone, często przypłacają taki wybór depresją rozwijającą się na podłożu chronicznego zmęczenia i nieustannego frustrowania własnych potrzeb. Takie matki nie są w stanie cieszyć się swoim macierzyństwem, co z kolei jeszcze bardziej pogłębia ich smutek i poczucie winy.

Tylko człowiek dojrzały, autentycznie kochający siebie, może ofiarować siebie innym. Posiadając umiejętność dbania o siebie, może oddać to, co posiada. Może z tego nawet zrezygnować w imię wyższych celów. Być może będzie również w stanie „miłować swoich nieprzyjaciół”. Taka miłość jest jednak trudna do realizacji bez fundamentu, czyli bez miłości do siebie samego. Najpierw trzeba zrozumieć siebie, przyjąć wszystkie swoje uczucia i emocje, nauczyć się troszczyć o siebie.

Jak można to osiągnąć? Jak nauczyć się prawdziwie kochać siebie, żeby móc kochać innych?

Wszyscy wychodzimy z naszych rodzin z jakimiś brakiem i zranieniami. Czy jesteśmy skazani na porażkę? Nie. Ponieważ nie jesteśmy zdeterminowani naszym dzieciństwem. Mamy wybór. Mamy wpływ na nasze dorosłe życie. Wiele naszych nawykowych myśli jest w nas bardzo silnie zakorzenionych, możemy nawet nie zdawać sobie do końca sprawy z tego, co myślimy na swój temat.

Pierwszy krok, to zauważyć siebie, zwrócić na siebie uwagę. Zatrzymać się i przyjrzeć się swojemu ciału, pojawiającym się myślom i uczuciom. Jak czuję się we własnym ciele? Czy jest napięte, czy rozluźnione? Co myślę o sobie samym, o innych? Czy sposób, w jaki o sobie myślę sprawia, że mam więcej siły, czy mniej? Jak moje myślenie wpływa na mój nastrój, na moją motywację do pracy? Jeśli już wiem, jakie myśli są destrukcyjne dla mnie, to czy nadal chcę tak myśleć? Kto nauczył mnie tak myśleć o sobie? Czy mogę się z nim nie zgadzać? W końcu – jeśli nadal będę myślał, że nie można mnie kochać, czy będę szczęśliwy?

W szukaniu odpowiedzi na te pytania pomocna będzie obecność przyjaciela oraz wsparcie bliskich, życzliwych osób. Czasami niezbędna okaże się pomoc specjalisty, np.: psychoterapeuty. Odbycie własnej psychoterapii może być wspaniałym czasem podróży w głąb własnej psychiki, czasem lepszego rozumienia swoich myśli i emocji, odkrywania prawdziwych swoich potrzeb, przyglądania się wzorcom rodzinnym. Psychoterapeuta może stać się dobrym przewodnikiem w zdobywaniu umiejętności kochania samego siebie, a to ważne, gdyż kochać bliźniego swego, to najpierw kochać siebie samego.

mgr Anna Judycka, pedagog specjalny, psychoterapeuta
ks. dr Krzysztof Naczk, teolog, psycholog, psychoterapeuta